Jacek Hugo-Bader w rajskiej dolinie wśród zielska - 9
Учебные материалы


Jacek Hugo-Bader w rajskiej dolinie wśród zielska - 9



^

ZJEDNOCZONY EMIRAT RADZIECKI


Mają własną służbę bezpieczeństwa, straż pożarną, banki, satelity, linie kolejowe, własne terytorium i miasta, w których żyje ich własny lud, bo tubylcy koczują po pustkowiach. Na piątym piętrze futurystycznego pałacu zasiada imperator, jeden z najbogatszych ludzi na świecie: prezes zarządu Rosyjskiej Spółki Akcyjnej Gazprom.

Tworzyli imperium, ale wcześniej znali tylko jeden kraj, Związek Radziecki, więc ta nowa ojczyzna na każdym kroku upodabniała im się do Kraju Rad, tyle że bez tyranii.

Pałac i Moskwa.

Trzeba pojechać metrem do stacji Nowe Czeriomuszki i aleją Profsojuzną przejść do ulicy Namiotkina, gdzie na dziesięciu hektarach otoczonych żelaznym płotem stoi główna siedziba Gazpromu, najpotężniejszy biurowiec w Rosji. Błękitne szkło i aluminium, 105 tys. metrów kwadratowych, na których znalazło zatrudnienie 600 urzędników i 4 tys. ludzi obsługujących należące do firmy bary, restauracje, czterogwiazdkowy hotel, bank, szpital na 500 łóżek, supermarket, sale bilardowe, gimnastyczne, wystawowe i koncertowe, basen, korty tenisowe, zakłady usługowe, własne ujęcia wody i elektrownię. Główny budynek ma 35 pięter nad ziemią.

Biurowiec wybudowały dwa lata temu firmy tureckie. Koszt inwestycji wyniósł 70 min dolarów (bez wyposażenia), ale Rosjanie nie zapłacili ani dolara. Turcy uregulowali w ten sposób dług za gaz, który dostarczył im jeszcze Związek Radziecki.

Pałac robi duże wrażenie, pomyślałem więc, że uwiecznię go na zdjęciu. Chciałem sfotografować wszystko z oddali, z panoramą Moskwy w tle, wchodzę więc do jakiegoś budynku na alei Profsojuznej i proszę, żeby mi pozwolili zrobić zdjęcie z piątego piętra... Mało mnie ochroniarze nie obili. Ki pieron, myślę sobie, zwykły sklep z wykładzinami dywanowymi, a tacy nerwowi.

Idę do drugiego wejścia (na tablicy napisane, że to firma Technologia). Przyszedł kierownik ochrony tej firmy. Kiedy mu powiedziałem, o co chodzi, zaczął się trząść jak osika i wygnał mnie precz.

Ten budynek miał jeszcze dwa inne wejścia. Jednym wchodziło się do Naukowo-Badawczego Instytutu Maszyn Poligraficznych, drugim do dealera samochodów BMW, ale i tu, i tu reagowali podobnie. Wreszcie do mnie dotarło: Oni się bali. Nie wiedzieli, czy to dozwolone, albo wzięli mnie za szpiega, albo też zwyczajnie pomyśleli, że komuś tam w Gazpromie to się nie spodoba. Nie ma Związku Radzieckiego, KPZR, KGB, ale z ludzi nie wszystko jeszcze wyparowało, a na pewno nie strach przed tajemniczą, groźną siłą, najpotężniejszą i najbardziej wpływową po rządzie rosyjskim instytucją w tym kraju.

Tak wyglądał mój pierwszy kontakt z Gazpromem.

Dworzanin

To było nie lada zaskoczenie. Ledwie wszedłem do gabinetu Leoni-da Zacharewicza Zorina i od razu zauważyłem Dziadka. Nie mogłem się mylić. To spojrzenie, ten wąs, ten dąs... Marszałek Piłsudski we własnej osobie patrzył na mnie ze starej fotografii. Leonid Zacharewicz Zo-rin, mój przewodnik w państwie Gazpromu (oficjalne stanowisko: główny ekspert), zajmujący jeden z 1050 gabinetów w głównym budynku, w połowie lat 70. wracał z Polski ze swojej pierwszej zagranicznej delegacji. Był niższej rangi urzędnikiem ministerstwa przemysłu gazowego, podróżował więc pociągiem. W Warszawie polski kolega dał mu zdjęcie Piłsudskiego.

- Po jakiego diabła on mi je dał? - zastanawia się Leonid Zacharewicz. - Trudno powiedzieć... Wrzuciłem zdjęcie do walizy i zapomniałem o nim; dopiero gdy zacząłem wypełniać deklarację celną, uprzytomniłem sobie, że wiozę przecież wroga rewolucji proletariackiej, jednego z przywódców interwencji imperialistycznej.

Przełożył zdjęcie do portfela, potem wsadził je do książki, wreszcie ukrył w pościeli (jechał w wagonie sypialnym). Sam nie wie, dlaczego nie wyrzucił Piłsudskiego przez okno, miałby spokój, a tak całą drogę do granicy umierał ze strachu, że go nakryją z tym zdjęciem. Kiedy byli już w Brześciu, postawił fotografię na stoliku w przedziale. Pies to drapał - myślał sobie - obedrą mnie ze skóry, zniszczą całą karierę, ale chociaż nie będzie, że chciałem coś ukryć przed radzieckimi władzami celnymi. To byłoby najgorsze.

Kiedy celnik buszował w przedziale, z Leonida Zacharewicza powoluteńku ulatywała dusza. Wreszcie podejrzliwe oko urzędnika spoczęło na zdjęciu.

- A to kto? - zapytał.

Leonidowi Zacharewiczowi ciemno zrobiło się przed oczami.

- Mój dziadek - odpowiedział.

- Podobny - ocenił celnik.

Już do śmierci Polska będzie mu się kojarzyła z Piłsudskim. Urzędnicy wieszają w swoich gabinetach to, co najbliższe ich sercu, więc u Leonida Zacharewicza na ścianie sąsiadują ze sobą marszałek Piłsudski i Rem Iwanowicz Wiachiriew, prezes zarządu Gazpromu.

Rem Iwanowicz jest tu widoczny na każdym kroku. Odwiedziłem kilkanaście gabinetów i wszędzie się na niego natykałem. U Walerija Nikołajewicza Sonina z wydziału gospodarczego na ścianie wiszą szef i ikona, u Anatolija Pawłowicza Kotowa z wydziału spraw zagranicznych jest zdjęcie prezesa z lufką od papierosów w zębach i mapa Rosji, a u Aleksandra Iwanowicza Cegielskiego z wydziału papierów wartościowych - portret Wiachiriewa i rodzona wnuczka. Urzędnicy lubią cytować szefa. Najczęściej powtarzają za nim, że „musimy ogrzać całą Rosję“, proszą, żebym podkreślił w tekście, ile dobrego robi ten człowiek dla kraju.

Amerykański tygodnik „Forbes“ w rankingu najbogatszych ludzi na świecie ustawił Wiachiriewa na 213 miejscu, wyceniając jego majątek na miliard sto milionów dolarów.

Emir

Poprzednim szefem i twórcą Gazpromu był Wiktor Czernomyrdin, od 1992 roku premier Rosji. Nikt nie wie, jaki jest jego majątek, ale uporczywie powtarza się, że po prostu bajeczny.

2 kwietnia zeszłego roku gazeta „Izwiestia“ przedrukowała z paryskiego „Le Monde’a“ artykuł z dnia poprzedniego, który w Rosji, podobnie jak w Polsce, jest dniem primaaprilisowym. W całkiem poważnym tekście francuscy dziennikarze szacowali majątek Czernomyrdina na pięć miliardów dolarów. Nikt nie wiedział, czy „Izwiestia“ się zgrywały, czy były poważne, ale premier, który znany jest z tego, że jest bardzo obrażalski, na wszelki wypadek obraził się i tym razem. Na najbliższej konferencji prasowej rzecznik premiera pokazał deklarację podatkową pryncypała, z której niezbicie wynikało, że Czernomyrdin utrzymuje się z rządowej pensji o równowartości 700 dolarów.

Wszyscy pękali ze śmiechu, tylko gazeta „Kommiersant“ potraktowała sprawę poważnie. Wzięli papiery pod lupę i obliczyli, że premier zapłacił fiskusowi o jeden milion starych rubli, czyli 160 dolarów, za dużo. Na najbliższej konferencji prasowej szef rządu tłumaczył się, że „każdemu może się przytrafić pomyłka“.

Czernomyrdin obraził się tak bardzo, że Łukoil, największa, bardzo zaprzyjaźniona z Gazpromem spółka naftowa Rosji, w której zresztą holding ma swoje udziały, zaczęła skupować akcje „Izwiestii“.

„Izwiestia“ to potężny koncern prasowy i wydawniczy, ale Gazpromowi sięga zaledwie do kolan.

Śmierć zajrzała im w oczy. Zaczęli się bronić. Akcje gazety raptownie zaczął skupować także Oneksim Bank, najpotężniejszy chyba bank w Rosji, który powiązany jest z ekipą wicepremiera Czubajsa, nie lubi więc Czernomyrdina.

Ta wojna nie była wcale śmieszna, ale znowu wszyscy pękali ze śmiechu, kiedy obaj konkurenci ogłosili z pompą, że zgromadzili ciut powyżej 50 proc. akcji koncernu prasowego. Po jakimś czasie okazało się, że prawdziwym zwycięzcą jest bank. Tym razem Łukoil, czyli Gazprom i Czernomyrdin, przegrał.

Aleksander Iwanowicz Cegielski, zastępca naczelnika wydziału papierów wartościowych, jeden z kilku ludzi w Rosji, którzy mają prawo wglądu do spisów 827 619 akcjonariuszy Gazpromu, przysięga, że nie ma wśród nich żadnego Wiktora Czernomyrdina.

- To może są tam dwaj jego synowie? - pytam go.

- Jako pracownicy firmy mają do tego prawo.

Gazprom już zwiera szyki przed nową kampanią prezydencką, która rozpocząć się ma w połowie przyszłego roku. Nie ulega wątpliwości, że nowym faworytem holdingu będzie „gazowy król“, jak nazywa Czernomyrdina rosyjska prasa. Ma wszystkie atuty: przyjaźń Wiachiriewa, nieograniczone fundusze i środki przekazu Gazpromu oraz własną partię, czyli Nasz Dom Rosja, którą złośliwi komentatorzy nazywają Nasz

Zjednoczony emirat radziecki 163

Dom Gazprom. Poprzedni faworyt spółki Borys Jelcyn w cuglach wygrał wybory prezydenckie, chociaż ani jego aparycja, ani reputacja, ani nawet stan zdrowia nie może równać się z kondycją „gazowego króla“.

Imperium

Zużycie gazu ziemnego na świecie rośnie znacznie szybciej niż innych nośników energii. W ostatnich dwudziestu latach przyrost wyniósł prawie sto procent. Po wojnie w światowym bilansie paliw gaz stanowił niewielki odsetek, dzisiaj przekroczył jedną czwartą, zrównując się z ropą naftową.

Gazprom powstał w 1988 roku z przekształcenia byłego Ministerstwa Przemysłu Gazowego ZSRR w holding. Dysponuje prawie całym rosyjskim gazem ziemnym, co oznacza, że kontroluje trzecią część wszystkich znanych na świecie złóż. Średnio w roku wydobywa 600 miliardów metrów sześciennych gazu, czyli czwartą część całego światowego wydobycia. Jest to dwa razy więcej niż łączne wydobycie takich zachodnich gigantów, jak: Royal Dutch/Shell, Exxon, Mobil, Amaco, British Petroleum, Chewron i Texaco. Gazprom pokrywa piątą część zapotrzebowania Europy Zachodniej na gaz.

Gazowy monopolista dostarcza 45 proc. całej energii zużywanej we Wspólnocie Niepodległych Państw, 10 proc. rosyjskiego produktu krajowego brutto. Co roku dostarcza do budżetu około siedmiu miliardów dolarów, czyli trzecią część wpływów dewizowych państwa. Własny dochód roczny Gazpromu to siedem miliardów dolarów.

CS First Boston, jeden z najpoważniejszych światowych banków inwestycyjnych, obliczył, że gdyby Gazprom poddał się rynkowej wycenie, jego wartość przypuszczalnie przekroczyłaby 280 mld dolarów. Największą na świecie japońską spółkę Nippon Telegraph & Telephone bank wycenił na 135 miliardów dolarów.

To wszystko nie znaczy, że Gazprom nie ma problemów. Ta największa rosyjska spółka ciągle zalega ze spłatą prawie trzech miliardów dolarów podatku. Naciskane przez budżet, przedsiębiorstwo pokazuje tasiemcową listę dłużników, którą otwierają merostwa Moskwy i Petersburga. Wszyscy wierzyciele winni są Gazpromowi dziewięć miliardów.

Sama Ukraina winna jest firmie miliard dolarów, jednak wstrzymanie dostaw do tego kraju nie może być brane pod uwagę. Większość eksportowanego na Zachód gazu biegnie gazociągiem Braterstwo przez terytorium Ukrainy.

Sytuacja zmieni się w roku 2010, kiedy ukończona zostanie budowa gazociągu z półwyspu Jamał przez Polskę do Europy Zachodniej. Inwestycja warta 6 miliardów dolarów pozwoli przetransportować ogromne ilości gazu, które w ciągu jednego tylko roku przyniosą dochód równoważący całą inwestycję.

W tym czasie Polska zużywać będzie prawdopodobnie dwa razy więcej gazu niż obecnie, czyli około 22 mld metrów sześciennych - prawie wszystek czerpać będziemy z tej rury.

Fort

Do Jamburga poleciałem samolotem linii Gazpromawia. Tylko tak można się tam dostać, samolotami Gazpromu, które wiozą na Północ kolejną zmianę pracowników. Jamburg leży na Półwyspie Tazowskim, 300 km za kołem podbiegunowym, po prawej stronie Zatoki Obskiej. Miasto wybudowano 12 lat temu, kiedy na półwyspie odkryto gaz.

Przyleciałem tam na początku grudnia. Stewardesa pocieszyła mnie, że dobrze trafiłem, bo przyszło właśnie ocieplenie i jest tylko minus 18°C.

Przyleciałem więc na tę Północ, w tę dzicz, tundrę, gdzie po pustkowiach grasują stada polarnych wilków, a od czasu do czasu zapuszczają się nawet białe niedźwiedzie, a tu na lotnisku pakują mnie do mercedesa, informują, że razem z kierowcą jest do mojej dyspozycji, wiozą mnie do hotelu i lokują w apartamencie, gdzie kaloryfery tak grzeją, że muszę zacząć od wietrzenia. Kto by pomyślał, że na 68. równoleżniku dostanę łazienkę, w której będzie włoskie mydło toaletowe, ręcznik z wyszytym złotą nitką napisem „Modern - Paris“ i karteczka na sedesie z informacją, że obiekt jest dezynfekowany.

To bardzo dziwne, nieprawdziwe miasto. 23 tys. mieszkańców, ale nie ma dzieci, ludzi starych, na dziesięć osób może jedna kobieta. Sami mężczyźni w produkcyjnym wieku. Jamburg to miasto wachtowe. Mieszkają tu ludzie zatrudnieni przy wydobyciu gazu z miejscowego złoża i ludzie, którzy ich obsługują: kucharki, pielęgniarki, drogowcy, budowniczowie domów, milicjanci, urzędnicy, barmanki, dziennikarze miejscowej telewizji, piloci śmigłowców... Miasto wachtowe, bo nikt tu nie mieszka na stałe. Przeważnie przylatują na jeden miesiąc, pracują od 10 do 12 godzin na dobę przez siedem dni w tygodniu, by następny miesiąc spędzić w domu. W ciągu roku mają pięć wacht i dwa miesiące urlopu.

Jeszcze radzieccy uczeni obliczyli, że dla „oswojenia Północy“ bardziej opłaca się system wacht z koniecznością przewiezienia człowieka pięć razy samolotem na trasie np. Moskwa-Jamburg (2300 km) i z powrotem, niż budowanie normalnych miast z przedszkolami, szkołami, zakładami pogrzebowymi, przychodniami zdrowia, mieszkaniami dla rodzin. W Jamburgu tego wszystkiego nie ma. To jest ogromny hotel robotniczy, w którym nie wolno meldować dzieci, ale -jak na rosyjskie warunki - bardzo luksusowy. Miesięczne utrzymanie jednego człowieka kosztuje Gazprom sześć tysięcy nowych rubli, czyli tysiąc dolarów (w styczniu była denominacja, w której ruble straciły trzy zera). Prawie całe zaopatrzenie, cała żywność, dowożone jest samolotami, więc już pierwszy posiłek był dla mnie wielkim zaskoczeniem.

Dostałem tyle jedzenia, że starczyłoby dla sporej rodziny. Dla mnie jednego, pomijając górę kiełbasy i bliny z topionym masłem, podano półmisek pełen pomidorów, ogórków, rzodkiewek, pekińskiej kapusty, a wszystko przyozdobione świeżą natką i brokułami. Z miejscowych produktów była tylko klukwa, czyli żurawina, którą zbiera się w tundrze i wysyła do Finlandii. Tam pakują to do słoików, pasteryzują i odsyłają. Oczywiście robotnicy nie są karmieni tak wytwornie, jednak już za 15 nowych rubli (w Moskwie tyle kosztuje hamburger na ulicy) mogą zjeść bardzo przyzwoity obiad złożony z dwóch dań.

Wszystkie posiłki dostawałem w hotelowej jadalni, w której stołuje się z żonami kierownictwo firmy. Jadałem zawsze przed nimi lub po nich. Stoi tam jeden wielki stół nakryty dla 14 osób, na którym pysznią się piramidy pomarańczy, fig i ananasów, z przepełnionych pater zwisają dorodne kiście winogron, a przy każdym nakryciu stoją kryształowe kieliszki do wina białego i czerwonego oraz wódki.

W Gazpromie na każdym kroku widać nuworyszowskie zamiłowanie do przepychu. Kochają się tu w długich limuzynach, bogato urządzonych biurach, w których ustawiają tyle komputerów, że brakuje miejsca na rozkładanie papierów, i w oliwkach, które pakują bez sensu do rosyjskich potraw. Pyszna zupa solianka z oliwkami jest tak samo bez sensu, jak pomidorowa z ostrygami.

Któregoś dnia dyrektor jamburskiego przedsiębiorstwa opowiadał swoim podwładnym, że kiedy był w Moskwie, dostał jako obstawę ośmiu agentów ochrony. Nikt ze słuchaczy się nie zdziwił.

Żona

Podjeżdżamy „moim“ mercedesem pod stację benzynową. Kierowca nie wychodzi nawet z samochodu. Wlewają nam paliwo do pełna i możemy jechać dalej. Podjeżdża karetka pogotowia, radiowóz, pług śnieżny, ciężarówka - wszystkim bez pytania wlewają „pod korek“. Żadnych kwitków, rachunków, paragonów, a wszystko w kraju, w którym prawie każdy kupuje na lewo paliwo ściągane na drogach ze służbowych samochodów.

W Jamburgu księgowość nie jest potrzebna. Firma nie kupuje paliwa, bo ma własną rafinerię i ropę naftową, która wydobywana jest w tych samych miejscach, gdzie gaz. Niepotrzebna jest buchalteria, bo nikt tutaj benzyny nie kradnie. Nie ma prywatnych samochodów. Nie wolno. Po drogach jeżdżą tysiące różnych pojazdów, ale wszystkie są służbowe. Najbliższe normalne miasto, Nowy Urengoj, jest trzysta kilometrów na południe, ale nie da się tam niczego wywieźć ani przyjechać do Jamburga, bo to jest zamknięte miasto.

Na jedynej drodze wiodącej do miasta dzień i noc stoi milicja i kontroluje wszystkie pojazdy i ludzi. Bez pozwolenia nikt się nie przedostanie.

W Związku Radzieckim wszystkie tereny za kręgiem polarnym były przygraniczną żoną, bez zgody władz nie wolno tu było przyjechać, a w Jamburgu na dodatek obowiązywał suchij zakon, czyli zakaz przywożenia, posiadania i picia alkoholu. Sześć lat temu to się zmieniło.

- No i po kilku latach - opowiada Aleksander Wasiliewicz Aleksie-jewicz, redaktor naczelny miejscowej gazety - w sąsiednim Nowym Urengoju, tak jak w całej Rosji, pełno było mafii, handlarzy, Czeczeń-ców, Cyganów, Kaukazców, żebraków, narkomanów, bezdomnych i bezrobotnej hołoty. Zaczęli przenikać i do nas. Wykupywali wszystko z naszych sklepów i wieźli na południe, gdzie nie było co jeść, włóczyli się, handlowali wódką, kradli, robili awantury.

Trzy lata temu miasto, a właściwie cały Półwysep Tazowski na powrót został zamknięty i oczyszczony ze wszystkich, którzy przebywali tam bez pozwolenia. Chodziło o względy bezpieczeństwa. Przez urządzenia zlokalizowane w tym mieście codziennie przepływa tyle gazu, ile potrzebują Ukraina, Polska, Białoruś, Litwa, Łotwa i Estonia.

W sprawach bezpieczeństwa i tajności Rosjanie nigdy nie mieli umiaru. Nawet żeby zatelefonować stąd do innego miasta, trzeba mieć pozwolenie miejscowej służby bezpieczeństwa.

Na własnej skórze doświadczyłem tej rosyjskiej słabości. Nie wolno mi było ruszyć się samemu z hotelu. Wszędzie woził mnie mercedesem redaktor Aleksander, nawet do oddalonego o dwieście metrów domu kultury. Sam wybierał mi miejsca i ludzi, z którymi mogłem się spotkać. Czasami zastępował go inny „redaktor“. Odwiedzałem więc dyrektorów, biblioteki, obiekty sportowe, naczelników szpitala, miejscowe muzeum.

Kiedy byłem w Jamburgu, temperatura wahała się między minus 18 a minus 42°C. Wszystkie pojazdy, które wyjechały rano z ciepłych garaży, przez cały dwunastogodzinny dzień pracy nie wyłączają silników - żeby nie zamarznąć. Któregoś dnia zawieźli mnie z wizytą do browaru, wiedziałem więc, że kilka godzinek zabawię. Chciałem zwolnić kierowcę.

- Jest w pracy. Niech czeka - decyduje Aleksander.

- Szkoda chyba paliwa, żeby tyle godzin warczeć po próżnicy - upieram się.

- Co ty? Paliwo jest za darmo.

- Mam pięć minut drogi do hotelu. Sam przejdę.

- U nas nie jest przyjęte, żeby goście chodzili nogami

Naród

Czasami jeździłem bez obstawy. Aleksandrowi, dwustukilogramo-wemu grubasowi z okropną łuszczycą na twarzy, skakał cukier we krwi, mówił więc Łowcę, kierowcy „mojego“ mercedesa, dokąd jechać, a sam szedł do stołówki pokonać dołek insulinowy.

Dogadałem się z Lowką i zmieniałem program wymyślony przez Aleksandra. Mogłem wreszcie poznać naród Gazpromu.

Nikt nie wie, ilu ludzi pracuje w Gazpromie. Podawane są liczby od 300 tysięcy do 1,5 min. W samej służbie bezpieczeństwa firmy pracuje 20 tysięcy. Jedno jest pewne: tutaj, na Północy, jak na rosyjskie warunki ludzie zarabiają bajecznie, więc wszyscy stają na głowie, żeby pracować dla Gazpromu.

System płacenia jest następujący: pracownik dostaje jakąś pensję, przeciętnie półtora, do dwóch tysięcy rubli, do tego dochodzi 80 proc. tzw. polarki (za pracę w skrajnie trudnych warunkach na dalekiej Północy) i po pięciu latach 80 proc. za staż pracy. Każdy dostaje też 80 proc. polarki od tego stażu, 70 proc. premii za dobrą pracę i oczywiście polarkę od premii.

Aleksander, redaktor z cukrzycą, dostaje więc na rękę 10 tysięcy rubli (1700 dolarów). Misza Malenkow - elektromonter, dostaje 7 tysięcy, czyli 1170 doarów, Lida - pielęgniarka - zarabia dokładnie połowę tej sumy, ale poznałem też prawdziwego bogacza, 23-letniego chłopaka z Niżnego Nowgorodu. Wykonuje najtrudniejszą, brudną, fizyczną ro-. botę. Pracuje na zmiany i na akord przy laniu betonowych słupów, kto- j re wbija się w wieczną zmarzlinę, by potem ustawić na nich domy. Prą-i cuje pod gołym niebem i tylko dziesięć godzin na dobę, bo w tych! mrozach dłużej wytrzymać się nie da. W przeliczeniu zarabia 2,5 tys. dolarów. Średnia rosyjska zapłata jest piętnaście razy mniejsza.

W państwie Gazprom Rosjanie są w znacznej mniejszości. Najwięcej jest Ukraińców, wielu Tatarów, Czuwaszy, Kazachów, Mołda-wian... Spotkałem też rosyjskich Niemców i Bułgarów. Żeby przyjechać na Północ, trzeba być niespokojnym duchem, mieć skłonność do ryzyka i hazardu, ale ludzi ze złą reputacją i obiboków nie przyjmują tu do pracy już od wielu lat. Tutaj potrzebni są znakomici specjaliści. Każdy chciałby pracować dla Gazpromu, więc firma ma duży wybór i przyjmuje najlepszych.

- Dla Ruskich tu za ciężka robota - mówi Misza Malenkow, zresztą sam Rosjanin.

Misza mieszka w Tyraspolu w Naddniestrzu. Ma kumpla, Aleksandra Ropcewa, także z Tyraspola, ale Mołdawianina. To najdziwniejsza para w całym Jamburgu. Pracują w jednej brygadzie elektromonterów, zajmują jeden pokój, a jeszcze kilka lat temu pruli do siebie z kałasznikowów. Dogadali się, że obaj byli w oddziałach, które w 1993 roku w Naddniestrzu toczyły ze sobą najbardziej zacięte boje. Jeden służył w pułku Kozaków czarnomorskich, drugi w batalionie strzelców mołdawskich.

Siedzimy więc i doimy najdroższą rosyjską wódkę. To zwykła sto-liczna, ale tutaj kosztuje 40 rubli, trzy razy więcej niż w Moskwie. Przyszły chłopaki z innych pokoi.

Aleksiej ma 21 lat i nie był w wojsku. Za tysiąc dolarów kupił sobie zwolnienie.

- Wstyd - mówi do niego Misza, który z dumą paraduje w majce, pasiastym, marynarskim podkoszulku. - Osiemnastoletnie chłopaki walczą w Tadżykistanie, a ty, zdrowy muzyk...

- Aha. Przez te dwa lata, co bym służył w wojsku, uzbierałem piętnaście tysięcy dolarów. Jeszcze rok i kupię sobie mieszkanie. Ja jestem mężczyzną i chcę mieć gdzie mieszkać, jak będę się żenił.

Jewgienij Gadiacz, Ukrainiec z połtawskiego obwodu, pracuje na Północy od roku 1982, kiedy nie było jeszcze systemu wachtowego i nie płacili tak dobrze jak teraz. Może dwa razy więcej niż gdzie indziej.

- Tyle że jakoś tu karmili - mówi. - Miałem żonę i dwoje dzieci. Jeździłem do nich dwa razy w roku na urlopy. Z tego, co nam tu dawali do jedzenia, zbierałem wszystko, co się dało, bo tam nie było co jeść. Suszyłem kiełbasę, za oknem mroziłem mięso, nawet mleko zsiadłe zbierałem, żeby w bańce zawieźć do domu.

Od kilku lat w Gazpromie ludzie dostają licencję na pracę. To jest dokument, który gwarantuje pracownikowi zatrudnienie na jeden rok. Ludzie przeczuwają, że firma w ten sposób ułatwia sobie przeprowadzanie ewentualnych przyszłych redukcji. W 1996 roku zrobili już taką akcję. Najgorszym i najstarszym pracownikom nie przedłużyli licencji. Jewgienij boi się, że w następnej kolejności redukcja obejmie obcokrajowców.

- Jeśli firma będzie musiała wyrzucić pracownika, to wiadomo, że zostawią obywatela Rosji, a mnie się pozbędą. Ale nie ma głupich. Już się zabezpieczyłem. Kupiłem domek w Rosji. Małą chatynkę za tysiąc dolarów. Zameldowałem się i nie mogą mnie ruszyć.

Obywatele Wspólnoty Niepodległych Państw mają prawo do kupowania mieszkań i meldowania się w dowolnym kraju Wspólnoty, gdzie uzyskują prawa miejscowej ludności.

- Tylko że kazali mi przerejestrować samochód do Rosji - narzeka Jewgienij. - Teraz, jak jadę do domu do Połtawy, nasi celnicy trzepią mnie jak cudzoziemca. Próbowałem kiedyś objechać ich polami, ale złapała mnie milicja i taki mi walnęli mandat, że wolałem im oddać telewizor, który na lewo wiozłem w bagażniku.

Spożycie

Pijemy kieliszkami do wina, ale mnie, cwaniaki, dali kieliszek z odła-maną nóżką. Weź tu z takiego upij połowę i odstaw... Wreszcie wiem na pewno, jak tu na Północy jest z alkoholem. Dla osiągnięcia pożądanego efektu mojemu organizmowi wystarczyła trzy razy mniejsza dawka niż zwykle.

W strefie polarnej atmosfera jest rozrzedzona jak na dużej wysokości. Organizm człowieka, który przybył z południa, jest niedotleniony, alkohol jeszcze ten stan potęguje. Specyfiką miejscowego klimatu są ponadto ogromne skoki ciśnienia, za którymi organizm nie jest w stanie nadążyć, bo potrafią następować do dziesięciu razy w ciągu dnia.

Ludzie szybko się tu upijają, cierpią na potworne kace i przy złym prowadzeniu się w dwa lata wpadają w kompletny alkoholizm.

Od trzech lat miejscowe biuro dyscypliny nie zanotowało, żeby ktoś zapił się na śmierć. Mimo że zniesiono zakaz picia, w Jamburgu pije się z umiarem. Pijacy albo pozamarzali (to ci, co w marynarce wyszli się przewietrzyć), albo dawno stracili pracę.

Dokonałem pewnych obliczeń.

W mieście są trzy sklepy. Codziennie w każdym sprzedają ok. 500 butelek wódki, co tygodniowo daje 10,5 tys. flaszek. W przeliczeniu na jednego mieszkańca wychodzi mała ćwiartka na tydzień. Biorąc poprawkę na polarny efekt działania alkoholu, z obliczeń wynika, że statystyczny mieszkaniec upija się raz w tygodniu. To jest chyba znacznie mniej niż gdzie indziej w Rosji. Pamiętajmy, że tu są prawie sami mężczyźni w sile wieku.

Rodzina

Misza przyjechał z małej Republiki Czuwaskiej nad środkową Wołgą. Jest Czuwaszem. Był inżynierem w fabryce chemicznej w rodzinnych Czeboksarach. Do 1991 roku pracował przy produkcji gazów bojowych dla Armii Radzieckiej, ale po rozpadzie ZSRR fabryka straciła zamówienia. Przestawili się na lakiery do zaporożców, ale gdy ta ukraińska fabryka samochodów upadła, wszystkim pracownikom zakładów chemicznych głód zajrzał w oczy.

- Czasami zapłacili nam lakierem samochodowym, jakimś proszkiem do prania albo płynem do dezynfekcji wanien. Jeździłem aż do Kazania, żeby sprzedać to świństwo na bazarze. To było dla mnie strasznie upokarzające. Miałem 35 łat i byłem nikim. To po to pięć lat mordowałem się na politechnice, żeby stać z proszkiem na bazarze?

W zakładzie Miszy szukali ludzi do pracy na Północy. Potrzebowali robotników do kładzenia kabli elektrycznych. Zgłosił się.

- To była straszna robota. Pracowaliśmy na powietrzu, więc kiedy temperatura spadała do minus 40-50 stopni, kable pękały, izolacja się kruszyła. Żeby łączyć przewody, musieliśmy je rozgrzewać. Oblewaliśmy je benzyną i podpalaliśmy, potem gasiliśmy i na wariata łączyliśmy. Któregoś razu benzyna wybuchła

Misza miał niegroźnie poparzoną twarz. Koledzy zapakowali go do samochodu i wyprawili do szpitala. Dwa kilometry przed miastem zepsuł się samochód i nadszedł wyjątkowo silny buran. Tak na Północy nazywają straszliwy huragan ze śnieżną zamiecią. Tutaj codzienność.

- Musiało być z piętnaście metrów na sekundę. Baliśmy się zostać w samochodzie, bo szybko byśmy zamarzli, więc wyruszyliśmy w drogę piechotą. Trzy godziny szliśmy te dwa kilometry.

Misza odmroził ręce.

- Chcieli je amputować - opowiada Lida, pielęgniarka z jambur-skiego szpitala. - Strasznie płakał, bronił się, krzyczał. Tylko ja rozumiałam, o co mu chodzi. Mówił po czuwasku.

Lida jest Kazaszką, więc ich języki są pokrewne. Całą noc spędziła przy Miszce, a rano się okazało, że ręce są do odratowania. Tak rozpoczęło się drugie życie Lidy. Rozpoczęło się drugie, ale pierwsze się nie skończyło. Ma dwa życia równoległe. Jedno, przy boku Miszy, trwa siedem miesięcy w roku, drugie - pięć, w Swierdłowsku, z mężem pijakiem i dziećmi.

- Ja utrzymuję całą rodzinę - opowiada Lida. - Dzieci i jego. On ma pracę, ale mu nie płacili, to przestał chodzić. Powiedziałam, że załatwię mu tutaj robotę, bo potrzebują spawaczy, ale nie chciał. Wiedział, że taki pijak tutaj się nie utrzyma. On jest Ruski. Mamy umowę. Ja zarabiam, on pilnuje dzieci. Kiedy siedem lat temu poznałam Misze i z wachty wróciłam do domu, postawiłam sprawę ostro: „Jeśli jeszcze raz mnie uderzysz albo będziesz się dobierał, wstanę w nocy, kiedy będziesz spał, i przebiję cię nożem“. Naprawdę się przestraszył, gad jeden. Dlaczego ja głupia wcześniej na to nie wpadłam? Teraz przyjeżdżam do domu jak w gości. Do dzieci jadę. Młodszy syn ma dwanaście lat. Czekam tylko, aż podrośnie, i odchodzę.

Lida i Miszka nie dostali w Jamburgu wspólnego pokoju, bo nie są małżeństwem, ale pozamieniali się wśród znajomych i już sześć lat razem mieszkają.

- Ale nigdy nie jestem do końca szczęśliwa - zasępia się Lida. - Ciągle tęsknię. Już nie pamiętam, żebym kiedyś nie tęskniła za dziećmi albo za Misza. Taka moja siewiernoja bolezn (choroba północy). Tam nie mogę żyć, i tu mi ciężko.

Sowok

Pamiętam z Sołżenicyna i z innej lagrowej literatury, jak zakładane były obozy na Dalekiej Północy. Strażnicy przyganiali więźniów na pustkowie, gdzie stał słup wbity w ziemię z napisem, że to obóz taki a taki. Zeki sami budowali zasieki, bramy, baraki dla siebie i strażników i nikt nie musiał ich pilnować. Nie było dokąd uciekać. Ogromne, straszliwie mroźne i śnieżne pustkowie odgradzało od reszty świata. Setki, tysiące kilometrów dzieliły od najbliższych ludzkich siedzib. Kto się odważył uciekać, ginął z głodu lub zimna, a w lecie tonął w trzęsawiskach, w które zamienia się tundra.

Wyrafinowany sowiecki system dręczenia ludzi umiał wykorzystać na swoje potrzeby także siły natury. Człowiek był wobec nich bezradny.

Doświadczyłem troszeńkę tego uczucia.

Zostałem jeńcem Gazpromu. Z Jamburga chciałem pojechać do Nowego Urengoja, trzysta kilometrów na południe, a potem jeszcze dalej na zachód, ale oni - nie! Nie mieli tu niczego szczególnego do ukrycia, ale nie mogli przeżyć, że po ich terytorium będzie się ktoś kręcił bez kontroli.

- Widziałeś już wszystko - mówi redaktor Aleksander - i jutro lecisz do Moskwy.

- Widziałem tylko to, co ty mi pokazałeś, i nigdzie nie lecę.

- To co będziesz robił?

- Jadę do Urengoja.

- Jak?

- Pociągiem.

- To jest nasz pociąg i nasza linia kolejowa. Bez pozwolenia milicja wywali cię z wagonu.

Wiedziałem, że mówi prawdę. Wiedziałem, że droga z miasta jest pilnowana, port zamarznięty, do śmigłowca mnie nie wpuszczą. Nawet na rozmowę telefoniczną muszę dostać ich zgodę.

- Słuchaj, bądź człowiekiem, wsiądź do tego samolotu i leć sobie -prosił Aleksander. - Na wtorek załatwiłem ci w Moskwie wywiad z Iliu-szynem.

Próbował mnie przekupić. Zależało mi na tym wywiadzie, bo Iliu-szyn to podobno geniusz biurokracji, zastępca Wiachiriewa, a wcześniej pierwszy wicepremier u Czernomyrdina.

- Mam go w nosie. Tylko siłą możecie wsadzić mnie do tego samolotu. Będzie trzeba, to pójdę piechotą - zakończyłem głupio.

- Pierwszej nocy nie przeżyjesz. Znowu miał rację.

Rozpoczęła się gra na zwłokę. Siedziałem w hotelu i nic nie robiłem. Wiedzieli, że kiedyś skończy mi się delegacja.

Jest takie słowo, bardzo modne w Rosji: sowok. Sowok to sowietskij czełowiek, sowiecki człowiek, czyli homo sovieticus.

Lowka, kierowca „mojego“ mercedesa, to swój chłop, chociaż straszne chamisko. Ciągle opuszczał szybę i pluł albo smarkał za okno. Cały dzień siedział za kierownicą i słuchał rosyjskiego disco. Ani razu nie zdjął wielkiej futrzanej czapy, chociaż lubił mieć w samochodzie go-rąc jak w saunie.

Polubiliśmy się. Ja mu się zwierzałem z moich kłopotów, a on bard/o mnie żałował. Razem kombinowaliśmy, jak by stąd uciec. Chciał mi pomóc. Uprosiłem go, żeby zawiózł mnie na stację kolejową, która jest kilka kilometrów za miastem. Paniuśki na dworcu wiedziały, że od kilku dni kręci się po mieście cudzoziemiec, ale do głowy im nie przyszło, że bierze przepustkę bez pozwolenia.

- Czego się cieszysz - Lowka studzi mój entuzjazm - one zaraz zadzwonią gdzie trzeba.

Nie wiem, czy zadzwoniły, bo jak tylko weszliśmy do Aleksandra, Lowa od progu wypaplał, że załatwiłem sobie przepustkę. Lowa się śpieszył, żeby mnie wydać, zanim zadzwonią paniuśki ze stacji.

Powiedziałem, że jeśli nie wpuszczą mnie do pociągu, jutro rano ruszam piechotą, i wyszedłem. Uwierzyli. Zgodzili się na pociąg, ale w Nowym Urengoju miał ktoś na mnie czekać i we wszystkim mi pomagać.

Terytorium

Ciągle zastanawiałem się, czego nie chcieli mi pokazać w państwie Gazpromu?

Może tego, że wzięli tę ziemię w ajencję, jak bierze się sklepik warzywny. Że wzięli jak swoje, jak własne, bez pytania, i robią, co chcą... Wyprują z tej ziemi cały gaz, ropę i znikną.

Gazprom wydobywa 95 proc. rosyjskiego gazu. 85 proc. tego gazu pochodzi z Jamalsko-Nienieckiego Okręgu Autonomicznego. Ten okręg to surowa tundra nad Morzem Karskim, pomiędzy północnym Uralem a dolnym Jenisejem. 769 tys. km kwadratowych, czyli tyle, ile Francja i Wielka Brytania razem wzięte, ale tylko 486 tys. ludzi tam mieszka. Okręg jest nieniecki, ale Nieńcy i inne rdzenne narody - Chan-towie, Mansowie i Komi - to zaledwie 7 proc. ludności. W ogóle się tu nie liczą. Większość z nich koczuje w tundrze ze stadami. Polują na zwierzęta futerkowe, łowią ryby lub siedzą bezczynnie w maleńkich posiołkach i zapijają się na śmierć. Przybysze z Rosji, Ukrainy czy Kazachstanu przyjechali tutaj wydobywać gaz. Żyją w osadach gazowników i sześciu tamtejszych miastach. To oni zasiadają w 19-osobowej okręgowej Dumie. Czterej Nieńcy są tam tylko dla okrasy. Dieputaty prawie wszyscy są pracownikami Gazpromu i to oni (jako dieputaty) podpisują ze sobą (jako kierownictwem spółki) umowy na prawo do wydobywania gazu.

Wypłata pieniędzy wygląda równie osobliwie. Pieniądze wpływają na ręce gubernatora, jako władzy wykonawczej, który jednocześnie jest członkiem zarządu Gazpromu w Moskwie. W tym roku do kasy okręgu holding gazowy wpłacać będzie co miesiąc (w przeliczeniu) 50 min dolarów. To prawie cały dochód okręgu, ale chyba niezbyt dużo, zważywszy, że to nawet nie jedna dziesiąta dochodów firmy. Okręg jest jednak i tak jednym z bogatszych członków Rosyjskiej Federacji, nie bierze dotacji z budżetu i nigdy nie zalega, co w Rosji jest codziennością, z wypłatą rent i emerytur. W dodatku każdy z nich dostaje dwa razy więcej pieniędzy, niż mu się należy. Jest to nagroda za pracę przy „oswajaniu Północy“. Tak to się nazywa. Czasami mówi się nawet o „zawojowywaniu Północy“.

Stolica

Stolicą Jamalsko-Nienieckiego Okręgu Autonomicznego jest Sale-chard, ale Gazprom swoją stolicę umiejscowił w Nowym Urengoju, stutysięcznym mieście, które firma sama założyła 20 lat temu. Ta stolica jest dzisiaj trzy razy większa od oficjalnej, leży na największym złożu gazu na świecie. Na oko to normalne rosyjskie miasto, poza tym, że nie płaci się tu za telefony, gazety i miejską komunikację. Urengoj w języku Chantów znaczy córka słońca.

Nadym, drugie miasto gazowników, miało mniej szczęścia. Powstawało w latach 60., w epoce Chruszczowa, czasach pierwszych lotów kosmicznych, kiedy wiara w możliwości radzieckiej myśli technicznej nie miała granic. Istniała całkiem poważna koncepcja przykrycia całego miasta kopułą i ogrzania jej gazem, którego, jak sądzono, wystarczy na wieki. Nadym budowano więc bardzo ciasno. Ulice są bardzo wąskie, nie ma wolnych przestrzeni, a podwórka i przedszkolne ogródki są mikroskopijnych rozmiarów.

W Nowym Urengoju wszystko jest własnością Gazpromu. Każda płyta chodnikowa i każdy dom. Sklepy, przedszkola, szpitale, hotele, szkoły... Nawet autobusy, gazety i budki telefoniczne. Gazprom ma własne linie telefoniczne, tak jak w Polsce MSW i MON. Linia kolejowa, która łączy miasto z Jamburgiem, też jest ich. Zbudowali ją sami, więc niefachowo. Szyny się wyginają. Pociąg, który raz dziennie kursuje pomiędzy miastami, jedzie bardzo wolno, żeby nie wypaść z torów. 300 kilometrów w osiem godzin na trasie bez żadnego przystanku.

Trzeba przyznać, że Gazprom dba o swoich pracowników jak mało kto w Rosji. Ciągle buduje dla nich mieszkania, czego od upadku Związku Radzieckiego nikt już nie robi. Ludzie wymyślają niesłychane numery, żeby wyłudzić od firmy dodatkowe lokum. Przepisują na przykład swoje mieszkania na dzieci, proszą o przydział służbowego i dostają.

Miasto nie jest jednak rosyjską oazą szczęścia. Ludzie tu mieszkają, bo życie ich do tego zmusiło, a nie dlatego, że tak chcieli albo że dobrze się czują w 40-stopniowym mrozie. To nie jest klimat dla ludzi, więc w początkach lat 90. bardzo wiele osób zwolniło się z pracy. Sprzedali swoje mieszkania i pojechali na południe: do Moskwy, Tiumenia, na Ukrainę, gdziekolwiek, byle w jakieś normalne miejsce, ale wtedy właśnie zawalił się Związek Radziecki. Nie było pracy, mieszkań i litości. Kończyły się pieniądze. Za resztkę oszczędności wracali na Północ, ale tu też nie było już dla nich miejsca. Nowy Urengoj pełen jest więc obdartych i głodnych włóczęgów bez pracy i domu. Wielu takich spotkałem. Każdy wierzył, że jeszcze kiedyś się dorobi. Zmarznięci, jak ci dwaj z filmu „Nocny kowboj“, obsesyjnie marzą o wyjeździe „na ziemię“.

To chyba z powodu ogromnych odległości i izolacji ludzie na Północy czują się, jakby żyli na odległej planecie. Wszyscy inni żyją „na ziemi“. Każdy człowiek, od gubernatora po bezdomnego oberwańca, posługuje się tym pojęciem. Jest w tym nuta tęsknoty. „Ziemia“ to jest europejska Rosja, południe Syberii, tam gdzie jest dużo ludzi. „Ziemia“ jest wszędzie, tylko nie tutaj, na Północy.

Kasa

Uważam, że Jurij jest geniuszem, ale o tym wie tylko on, jego żona i ja. Błagał, żebym go nie zdemaskował, bo w Rosji los bogatych geniuszów jest nie do pozazdroszczenia. Boi się bandytów. Boi się, że go obrabują, zabiją, porwą mu dzieci.

Tak naprawdę jego geniusz dał o sobie znać tylko raz w życiu.

- W szkole byłem zawsze bardzo przeciętnym uczniem - mówi Jurij. - W pracy też chwalili mnie raczej za pracowitość, a nie za pomysły.

Zresztą jak tu mieć pomysły, skoro od dziesięciu lat, czyli od wyjścia z wojska, Jurij jest dyspozytorem w wielkich garażach firm gazowych w Nowym Urengoju. To on decyduje, ile zatankować paliwa do samochodów, które wyjeżdżają do pracy. Po przyjeździe zapisuje, ile przejechały kilometrów. To jego głowa w tym, żeby liczba przejechanych kilometrów zgadzała się z ilością zużytego paliwa.

- Ale to nigdy się nie zdarza.. Tu wszyscy kradną benzynę. Ja muszę tylko pilnować, żeby to wszystko trzymało się granic przyzwoitości.

Tak więc Jurij od dziesięciu lat pilnuje czegoś, co jest nie do upilnowania, i stara się, żeby w papierach wyglądało nieco lepiej niż w rzeczywistości. Skończył tylko obowiązkową dziesięciolatkę, tak więc osiągnął już górny pułap awansu zawodowego.

Jurij ma prawie dwa miliony dolarów, bo uwierzył w coś, w co prawie nikt nie wierzy.

- Wstyd się przyznać, bo robiłem coś, w co sam też niezbyt mocno wierzyłem. Nawet żonie się nie przyznałem, bo wierciłaby mi dziurę w brzuchu, że wyrzucam pieniądze. Dlatego też nie ryzykowałem. Ja wiem? Może ze sześćset dolarów wydałem. To były moje miesięczne zarobki, aleja z zaskórniaków wziąłem.

W styczniu 1995 roku dekretem prezydenta Rosji Gazprom został sprywatyzowany. 40 proc. akcji miało przypaść państwu, 10 proc. miał dostać sam Gazprom, 15 - jego pracownicy, a prawie 30 proc. miało być sprzedane na wolnym rynku w Rosji.

Akcje przeznaczone do sprzedaży na wolnym rynku miały być kupowane za bony prywatyzacyjne. Każdy Rosjanin, od niemowlęcia do staruszka, kilka lat wcześniej dostał jeden taki bon. Ludzie mieli te papiery w kompletnej pogardzie. Wyrzucali je, wciskali w jakąś dziurę, pozbywali się tego albo zapominali. Na każdym rosyjskim bazarze razem z pumeksem i czosnkiem leżały na straganach bony prywatyzacyjne, ale nikt tego nie chciał brać - to był najgorszy towar.

Każdy z 60 regionów Rosji, w którym działał Gazprom, dostał określoną liczbę akcji (zależało to od liczby mieszkańców). W lipcu 1995 roku wszyscy mogli składać swoje bony. Najważniejsze było to, ile osób w danym regionie zainteresowanych było akcjami i ile pofatygowało się, by je zanieść do specjalnych kantorów. Jeśli dużo osób przyszło, każdy dostał mało, jeśli w regionie mało było zainteresowanych, każdy dostał dużo.

Jurij też by się nie ruszył sprzed telewizora, gdyby nie to, że zawsze w lecie służbowo jedzie z cysterną do zakładów chemicznych w Fermie. Kupuje na całą zimę specjalny dodatek do paliwa, żeby nie zamarzało.

- Coś mnie tknęło - wspomina Jurij. - Raz jeden jedyny w moim życiu Bóg dotknął mnie swoim palcem. Odszukałem starą gazetę. Dobrze pamiętałem. W Fermie ludzie nie chodzili na żadne wybory, swołocze jedne. Czy prezydenckie wybory, czy do Dumy, u nich furt najgorsza frekwencja. Pomyślałem, że z czekami też nie przyjdą, więc na każdy czek dostanę tam mnóstwo akcji.

W jedną godzinę u siebie w Nowym Urengoju kupił na bazarze 250 czeków. Za każdy dał dziesięć tysięcy starych rubli. Tyle kosztowały trzy bochenki chleba. Następnego dnia pojechał w delegację, ale żeby złożyć w Fermie czeki, musiał być tam zameldowany. To mały kłopot. Za sto dolarów kupił mieszkanie pod miastem. To był właściwie pokoik w ruderze bez dachu, ale mógł się zameldować.

Kiedy po miesiącu zakończyła się akcja składania czeków, okazało się, że Ferm znowu był najgorszy w całej Rosji. W Kraju Ałtajskim na jeden czek dawali 16 akcji, w Moskwie - 50, w Sankt Petersburgu - 65, w Jamalsko-Nienieckim Okręgu - 1000, a w Permie - 6000.

Jurij miał półtora miliona akcji Gazpromu. Nic żonie nie powiedział, bo nic prawie te akcje nie były warte. Wygadał się dwa lata później, przed ostatnimi wakacjami, kiedy ich wartość wzrosła trzysta razy.

- Przyszedłem z roboty i powiedziałem: Lena, bierzemy dzieciaki i jedziemy na Cypr, wykupiłem wycieczkę zakładową. Lenoczka po czole się stuka, a ja wyciągam papier i pokazuję, że w tej chwili mamy gdzieś milion sześćset tysięcy dolarów.

- No i co? - pytam Jurija.

- Nic. Kupiłem konserwy, Lenoczka zrobiła mięso w słoikach i dwa tygodnie byczyliśmy się na plaży.

Podczas obrabiania zabitego renifera Niadwa pojada surowe mięso. Koczownicy powiadają, że kiedy mięso stygnie, uchodzi z niego silą.
1 ... 5 6 7 8 9 10 11 12 ... 18
Карта сайта

Последнее изменение этой страницы: 2018-09-09;



2010-05-02 19:40
referat 2018 год. Все права принадлежат их авторам! Главная